Jeszcze w drugiej połowie XVIII stulecia brytyjska elita naukowa i polityczna święcie wierzyła w istnienie Terra Australis Incognita, czyli Nieznanego Południowego Lądu położonego gdzieś na Pacyfiku, na południowej półkuli (Ocean Spokojny nazywano wówczas Morzem Południowym), pełnego bogactw czekających na swego odkrywcę i eksploatatora. A ponieważ na zawładnięcie Terra Australis ostrzyli sobie zęby nie tylko Brytyjczycy, trzeba było utrzymać wyprawę w sekrecie.

Znaleziono więc pretekst, zresztą bardzo intrygujący.

Od końca XVII w. astronomowie i matematycy wiedzieli, że precyzyjny pomiar przejścia Wenus przez tarczę słoneczną dokonany z wielu miejsc na Ziemi pozwoliłby na dokładne obliczenie odległości naszej planety od Słońca. Na dodatek to rzadkie zjawisko występuje parami – drugie osiem lat po pierwszym – lecz w odstępach ponadstuletnich. Pomiary z 1761 r. okazały się niewystarczające. Europejscy naukowcy szykowali się więc na rok 1769, zdając sobie sprawę z tego, że to loteria: będą się tłuc miesiącami na krańce znanego świata, a w dniu pomiarów niebo mogą przykryć ciężkie chmury.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej