Pełne dramatycznych zwrotów obrady toczone od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 r. były podszyte słabościami dogadujących się stron. Kryzys ekonomiczny i chaos w państwie podmywały siłę władzy, a „Solidarność” osłabiona latami represji była cieniem potęgi z lat 1980-81. Jacek Kuroń, jeden z architektów porozumienia, pisał we wspomnieniach, że Okrągły Stół nie był zgromadzeniem narodowym, przedstawicielstwem, które miało coś ustalić. Były to pertraktacje stron, z których jedna reprezentowała władzę, ale nie była do końca pewna swej legitymizacji, zaś druga uzurpowała sobie, że reprezentuje społeczeństwo, i też nie bardzo była przekonana, czy społeczeństwo uzna warunki umowy.

Takiej pewności nie dawała nawet potężna pozycja i popularność Lecha Wałęsy.

Pewnie przy Okrągłym Stole czuł się tylko Kościół.

Kościół autorytet narodowy

Nie brakowało przeciwników obrad: z jednej strony większość aparatu partyjnego obawiała się, że wszystko zmierza do pozbawienia go władzy i przywilejów; z drugiej – radykalne odłamy opozycji, zwłaszcza Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego, oskarżały ekipę solidarnościową o zdradę, a obrady nazywały „hańbą”, oszczędzając jednak przedstawicieli Episkopatu. Ten upust epitetów stworzył wzór późniejszych odsłon mowy nienawiści. Zresztą protestowali też ludzie bliscy negocjatorom. Nasi dziennikarze, z którymi co dzień spotykaliśmy się na konferencjach prasowych, byli nieufni, żeby nie powiedzieć wrodzy. Często wypływało to z rzeczywistej troski o nas, o sprawę – pisał Kuroń. I dodawał: Nawet przyjaciele, jak Andrzej Wajda, przestrzegali, że „Solidarność” była silna nieprzejednaniem, a teraz traci moralną rację i siłę.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej