Do momentu odzyskania niepodległości przez ponad wiek Kościół rzymskokatolicki był jedyną trwałą instytucją reprezentującą Polaków wobec zaborców. Z czasem przybrało to postać przywództwa duchowego. Równocześnie jego misja została poważnie ograniczona, gdyż nie obejmowała innowierców. Dało to później podstawę do stworzenia przez Narodową Demokrację minimalistycznej koncepcji Polaka: mówi po polsku i uczęszcza do Kościoła katolickiego. Podobne definicje przyjęli również nacjonaliści litewscy i ukraińscy.

Z racji utrzymywania stosunków z władzami zaborczymi Kościół wspierał działania zachowawcze i był przeciwny powstaniom, choć wielu duchownych brało w nich udział. Sytuacja stała się nabrzmiała wraz z wybuchem I wojny światowej, gdy w polskiej polityce powstały trzy wrogie orientacje: austrofilska, moskalofilska i zwalczana przez je obie – niepodległościowa postulująca odzyskanie suwerennego państwa własnym wysiłkiem Polaków. Wywołało to ostre podziały również w Kościele. Ułatwiało je to, że od ponad stulecia organizacja kościelna w każdym z zaborów była oddzielna. W dodatku rzeczywistą władzę sprawowali w niej biskupi ordynariusze, kanonicznie podlegli papieżowi, lecz administracyjnie uzależnieni od władz cywilnych. System ten przetrwał i był kontynuowany po odzyskaniu niepodległości. To powodowało, że trudno mówić o jednolitym stanowisku Kościoła, gdyż każdy biskup mógł tworzyć własne.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej