Z Adamem Michnikiem rozmawia Paweł Smoleński

PAWEŁ SMOLEŃSKI: Z jednej strony idziecie do Pałacu Namiestnikowskiego z własnej woli i z dobrą wolą, żeby rozmawiać o sprawach najważniejszych. Z drugiej – za sekundę spotkacie się face to face z ludźmi, którzy jeszcze chwilę wcześniej zamykali wolną Polskę w więzieniach. Sam napisałeś słynny list do gen. Czesława Kiszczaka, szefa bezpieki i ministra spraw wewnętrznych, że trzeba być świnią, by więźniom politycznym – jak generał – proponować emigrację na Lazurowe Wybrzeże w zamian za zamknięcie ust.

ADAM MICHNIK: Szliśmy w grupie:... i ja. Wchodzimy do Pałacu, a tam, w świetle kamer, gen. Kiszczak wita wszystkich uczestników obrad, podaje im rękę. Pomyślałem, że moi najbliżsi zamordują mnie, gdy zobaczą w telewizji obrazek, jak przybijam piątkę z Kiszczakiem. Schowałem się w toalecie.

Wychodzę po kilku dobrych minutach, a generał cały czas stoi. Nikogo już nie ma, tylko kamery i on. Jak człowiek nie ma wyboru, to nie ma, pusty basen zaprasza do skoku. Podchodzę, ściskamy sobie rękę, sytuacja jest niezwykła, ale też doskonale banalna, bo przecież obowiązują zasady savoir-vivre’u – spróbuj w takiej sytuacji nie podać ręki nawet największemu wrogowi. Generał przedstawia się, ja także, a potem mówię: „Znamy się z korespondencji”.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej