Dr Krzysztof Kossarzecki pracuje w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, zajmuje się historią nowożytną dawnej Rzeczypospolitej. Autor m.in. książki „Kampania roku 1660 na Litwie”, Zabrze 2005

BEATA JANOWSKA: Jaki husarz jest, każdy widzi – można sparafrazować słynne słowa o. Benedykta Chmielowskiego, ale to nieprawda.

DR KRZYSZTOF KOSSARZECKI: Pierwszy raz oddziały husarii w wojskach Korony i Litwy spotykamy w 1500 r., i to rzeczywiście była zupełnie inna husaria niż ta, którą znamy z filmów. Husarze z dwoma skrzydłami zagiętymi nad głową nigdy nie szarżowali na polu bitwy. W XVII w. niewielkie skrzydła montowano zwykle do siodeł, ale robiono to tylko przy szczególnych okazjach, np. paradach, tak jak jest to przedstawione na „Rolce sztokholmskiej” z pierwszej połowy XVII w. czy na rysunkach z czasu potopu szwedzkiego autorstwa Eryka Dahlberga. Dopiero w XVIII w. pojawiła się para znanych nam dużych skrzydeł zagiętych nad głową. Stały się elementem stroju paradnego wykorzystywanego głównie podczas pogrzebów znamienitych osób. Wtedy też zaczęto nazywać husarię wojskiem pogrzebowym, ale w tym czasie raczej już nie brała udziału w walkach.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej