Gdy w 1960 r. Mosad porwał i wywiózł do Izraela Adolfa Eichmanna, głównego architekta Holocaustu, Konrad Adenauer podobno wpadł w panikę.

Jak twierdził niemiecki „Der Spiegel”, kanclerz Niemiec bał się, że Eichmann zacznie sypać nazwiskami nazistów, którzy zajmowali stanowiska w jego rządzie. Jak choćby Hans Globke, szef urzędu kanclerskiego, a wcześniej współtwórca ustaw norymberskich pozbawiających Żydów niemieckiego obywatelstwa, stanowisk i majątków.

Takich jak Globke były wówczas tysiące. Jakieś 30 lat po wojnie doświadczony reporter i wykładowca Wydziału Dziennikarstwa UW Krzysztof Kąkolewski ruszył śladem kilku z nich. Chciał porozmawiać nie z tymi, którzy odsiedzieli wyroki za zbrodnie albo wciąż się ukrywali, ale z dawnymi działaczami NSDAP czy esesmanami, którzy uniknęli kary i sprawowali wysokie funkcje w administracji publicznej, wymiarze sprawiedliwości, działali na polu nauki i zasadniczo mieli się dobrze. Jak choćby profesor Hans Fleischhacker – nazistowski antropolog, który prowadził badania rasowe w Auschwitz. Na jego polecenie zamordowano 115 więźniów, aby mogli się stać eksponatami w muzeum rasy w Strasburgu. Po wojnie pozostał w zawodzie, uczył studentów, nie miał sobie nic do zarzucenia.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej