W mieście zatrzymał się na rogu Łobzowskiej i Siemiradzkiego, przed Domem Zdrowia doktora Gwiazdomorskiego. Pielęgniarze wyciągnęli z karety półprzytomnego chorego. Zanieśli go na pierwsze piętro do separatki. W pokoju był mały stolik, na nim wazon z kwiatami. Obok fotel i białe żelazne łóżko. Chorego rozebrano z futra, które pochwyciła małżonka pacjenta, wykrzykując: „Nie będzie mu już potrzebne! Jeszcze by kto ukradł. Nie dam nikomu!”.

Po pewnym czasie „Tygodnik Ilustrowany” donosił:

Rozpoczęło się specyalne leczenie, przez czas jakiś nic nie pozwalało przeczuwać bliskości katastrofy, tem bardziej, że prof. Pareński, nieobecny w owych dniach w Krakowie, nie mógł zbadać stanu wewnętrznych narządów chorego. Dopiero w jakie pięć czy sześć dni po przybyciu do Krakowa uległ chory gwałtownym przypadłościom żołądkowym i kiszkowym. Wezwany prof. Pareński stwierdził ogromne pogorszenie sprawy nerkowej, chociaż i wtedy jeszcze nie znalazł bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy. Skoro bowiem jeszcze człowiek, tracący ciągle 4 proc. białka, żyje jeszcze w ogóle, to okresu tego życia nie można ograniczać ani do dni, ani nawet tygodni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej