13 grudnia 1981 r. o godz. 4.15 rano przed domem Edwarda Gierka przy ul. Różyckiego w Katowicach pojawiło się trzech oficerów Biura Ochrony Rządu przybyłych specjalnie z Warszawy i miejscowy milicjant. Funkcjonariusze nacisnęli dzwonek przy bramie. Gdy nikt im nie otworzył, przeskoczyli przez ogrodzenie i zadzwonili do drzwi. Domownicy jeszcze spali. Po chwili pod drzwiami pojawiła się Stanisława, żona Gierka. Przybysze oświadczyli, że chcą w pilnej sprawie rozmawiać z jej mężem. Na dworze było jeszcze ciemno. Przez zamknięte drzwi Gierek spytał ich, po co przyjechali. Zgodnie z prawdą odpowiedzieli, że mają go zatrzymać. Były dygnitarz zaskoczony sytuacją zadzwonił do znajomego komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej płk. Jerzego Gruby i dopiero gdy ten potwierdził cel niespodziewanej wizyty, wpuścił funkcjonariuszy do środka. Za chwilę jechał już samochodem wraz z borowcami w kierunku Warszawy. Po drodze wypytywał, co się dzieje w kraju. Gdy o godz. 6 rano wysłuchał w radiu przemówienia gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego, zamilkł i nie odezwał się do końca podróży.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej