Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”
Paweł Smoleński
Wydawnictwo Czarne

Mojemu skatowanemu ojcu wycięto krzyż na piersiach. Zrobiono to w cerkwi. A potem wzięto go za nogi i zawleczono do dołu wykopanego na cmentarzu. Wrzucono go tam razem z innymi ludźmi. Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano jeszcze żywych – opowiadała Aleksandra Poticzna o tym, jak akowski oddział Józefa Bissa dokonał masakry ukraińskiej ludności cywilnej we wsi Pawłokoma w marcu 1945 r. To jeden z epizodów gęstego od przemocy okresu, gdy zabicie Ukraińca – jak powiedział jeden z katolickich księży – nie było grzechem. Paweł Smoleński w „Syropie z piołunu” cofa się o kilka lat lub wybiega nawet o kilkadziesiąt. Jednak w centrum wciąż pozostaje akcja „Wisła”. Jej ofiary nawet dziś boją się o niej opowiadać.

Wprawdzie gazety „zrelacjonowały” wydarzenia już wcześniej – resorty propagandy i siły nie zawsze potrafią się zsynchronizować – to wszystko zaczęło się 28 kwietnia 1947 r. o czwartej nad ranem. Wtedy żołnierze pięciu dywizji WP oraz jednej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wspierani przez pograniczników, milicjantów, ubeków i sokistów przystąpili do deportacji z południowo-wschodniej Polski osób pochodzenia ukraińskiego, łemkowskiego i bojkowskiego. W ciągu trzech miesięcy ponad 140 tys. ludzi zostało wywiezionych w bydlęcych wagonach na drugi koniec nowego kraju: na Mazury, Pomorze albo Dolny Śląsk. Tam mieli zaczynać nowe życie w zazwyczaj zdewastowanych poniemieckich gospodarstwach. Oficjalnym powodem wysiedleń była walka z „bandami UPA”, lecz faktyczny powód można wyczytać w tajnej notatce, który Państwowa Komisja Bezpieczeństwa wysłała do MON i MSW. Chodziło o to, by rozwiązać ostatecznie problem ukraiński w Polsce.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej