To nie jest miejsce do życia. Stalinowskie wysiedlenia znad Bugu i z Bieszczadów
Krzysztof Potaczała
Prószyński i S-ka

Dziunek Dobrowolski uciekał przed urzędnikami trzy razy. Stary kawaler z Bełza nie chciał się wyprowadzać z rodzinnego domu. Raz się zabarykadował, innym razem siedział okrakiem na kominie, a innym razem demonstracyjnie położył się w trumnie. W końcu któregoś ranka polscy żołnierze wzięli go z zaskoczenia i niosąc za nogi i ręce, zaciągnęli na dworzec i wrzucili do wagonu. To jedna z dziesiątek historii, które ocalił Krzysztof Potaczała, by pokazać losy mieszkańców zamieszkujących tereny, które w 1951 r. stały się przedmiotem polsko-radzieckiej umowy. A właściwie radzieckiego dyktatu. Imperium sowieckie wzięło cztery miasta i 49 wsi leżących nad Bugiem, a Polska otrzymała kawałek Bieszczad z jednym miastem i 40 wsiami. Na papierze 480 km kw. za 480 km kw., ale w rzeczywistości Stalin połakomił się na żyzne czarnoziemy, pod którymi spoczywały złoża węgla.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej