Dzień 5 marca 1770 r. był w Bostonie mroźny. Padał śnieg. Zdarzenie, które przeszło do historii jako masakra bostońska i uznane zostało za wstęp do amerykańskiej rewolucji, miało dość niewinny początek. Na King Street przed sklepem z perukami doszło do pyskówki. Czeladnik perukarza Edward Garrick sprzeczał się z brytyjskim oficerem o zapłatę. Wokół nich zebrało się kilka osób, również kolejni żołnierze. Zaczęła się przepychanka. Jeden z wojskowych ranił Garricka bagnetem w ucho.

Wkrótce czeladnik z krwawiącym uchem zebrał wokół siebie grupę 20-30 mężczyzn, głównie marynarzy i powroźników. Według świadków uzbrojeni w kije i opałowe pniaki, wznosząc gniewne okrzyki, szukali zwady z czerwonymi kubrakami – jak nazywano żołnierzy Korony. Na czele grupy szedł człowiek o ciemnym kolorze skóry nazwiskiem Crispus Attucks.

Na procesie świadkowie będą zeznawać, że był wysokim, potężnym Mulatem, w dłoni dzierżył największy pniak, najgłośniej krzyczał. Inni powiedzą, że niósł wręcz dwa kije. Ktoś zapamięta go jako „człowieka, który przerażał swym obliczem”.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej