- Wychodzimy z wojny. Informujemy o tym wszystkie narody i ich rządy. Ogłaszamy demobilizację wszystkich naszych wojsk stojących na froncie naprzeciw wojsk niemieckich, austro-węgierskich, tureckich i bułgarskich. Jesteśmy najgłębiej przekonani, że inne narody wkrótce pójdą naszym śladem – słowa Lwa Trockiego, przewodniczącego delegacji Rosji bolszewickiej na rokowania w Brześciu i wówczas ludowego komisarza spraw zagranicznych w rządzie Włodzimierza Lenina, wywołały konsternację siedzących po drugiej stronie stołu przedstawicieli państw centralnych. Kiedy hrabia Richard von Kühlmann, minister spraw zagranicznych Niemiec, oświadczył, że oznacza to wojnę, wychodzący z sali Trocki rzucił w jego kierunku: – Czcza gadanina!

Był 10 lutego 1918 r. 17 lutego Niemcy poinformowali bolszewików, że nazajutrz wznawiają działania wojenne. Jeszcze tego samego dnia zajęli Dyneburg na Łotwie, a potem wojska państw centralnych ruszyły do przodu na całej linii frontu, nie napotykając niemal oporu. Jak wspominał gen. Max Hoffmann, niemiecki szef sztabu na froncie wschodnim, wojna toczyła się niemal wyłącznie w pociągach i samochodach: Ładuje się do pociągu nieco piechoty z karabinami maszynowymi i jednym działem i jedzie do następnej stacji kolejowej, zajmuje się ją, aresztuje bolszewików.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej