W słynnej wyprawie do Egiptu Napoleonowi obok grupy oficerów o głośnych później nazwiskach towarzyszył człowiek, któremu wielu przepowiadało karierę głównodowodzącego armią, a nawet widziano w nim następcę Bonapartego. Józef Sułkowski w sztabie Napoleona znalazł się wiosną 1796 r. i początkowo spotkał się z jego głęboką niechęcią. Młody generał, otoczony aureolą zdobytej w kampanii włoskiej sławy, lubił sam dobierać sobie współpracowników, a Sułkowski do służby w Armii Włoch został rekomendowany przez ważne osobistości z Paryża i w oczach Napoleona mógł uchodzić za wysłannika rządu i donosiciela mającego wynosić ważne informacje z jego sztabu.

Radykał

Brak zaufania budziły również niejasna przeszłość i przekonania polityczne Sułkowskiego. Urodzony w 1772 r. oficer, prawdopodobnie syn biskupa Michała Jerzego Poniatowskiego, wychowany przez wuja, ordynata rydzyńskiego księcia Augusta Sułkowskiego, od 1793 r. obywatel Republiki Francuskiej, znany był zarówno z wielkiej odwagi, jak i radykalnych jakobińskich poglądów. Młody magnat zradykalizował się w dobie Sejmu Wielkiego pod wpływem ludzi pokroju Jakuba Jasińskiego, późniejszego wodza insurekcji wileńskiej, rozczytywał się też w dziełach Jana Jakuba Rousseau. To było dziwne zachowanie jak na książęcego wychowanka i posiadacza komandorii Zakonu Maltańskiego z przypisaną jej ogromną roczną pensją w wysokości 12 tys. zł.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej