W kupie raźniej, zwłaszcza gdy się mieszka nad Bałtykiem. W XIII w., gdy powstawały związki miast nadmorskich, była to oczywistość. Ówczesnym ludziom morze jawiło się niczym bezkresny wszechświat, było rzeczywistością zarówno straszną, jak i niezwykłą.

Żyjący w XI w. kanonik Adam z Bremy pisał, że na dzikich bałtyckich wyspach żyją ludzie o psich głowach zrodzeni z krwawych Amazonki. Zamiast mówić – szczekają, a niektórzy żywią się ludzkim mięsem. Wprawdzie zastrzegł, że te opowieści żeglarzy „wydają się niezbyt wiarygodne”, ale kto wie, co myśleli mieszkańcy bałtyckich wybrzeży?

To czasy, w których zimne Morze Bałtyckie przemierzają długie łodzie o wąskich kadłubach, szybkie i sprawne w manewrowaniu, mimo że prostokątny żagiel na maszcie czynił żeglugę pod wiatr skomplikowaną, a nawet niemożliwą. Ich główną siłą napędową były wiosła. Sterowność zapewniała szeroka płetwa na rufie. Żeglarze z Północy – głównie kupcy, ale też morscy rozbójnicy nazwani wikingami – dopłynęli na tych odkrytych kadłubach do Anglii i Irlandii, aż na Morze Śródziemne, rzekami Rusi Kijowskiej, gdzie założyli dynastię, oraz na Islandię, Grenlandię i kanadyjską Nową Fundlandię.

Pozosta這 84% tekstu
Artyku dost瘼ny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypr鏏uj cyfrow Wyborcz

Nieograniczony dost瘼 do serwis闚 informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazyn闚 Wyborczej