28 sierpnia 1955 r. o trzeciej nad ranem dwóch białych mężczyzn zajechało pikapem pod stojący samotnie wśród pól trzy mile od miasteczka Money w Missisipi dom czarnoskórego pastora i farmera Mose’a Wrighta. Uderzyli w drzwi. Gdy Wright otworzył, zapytali:

– Kaznodziejo, masz u siebie chłopca z Chicago?

– Tak, proszę pana – odpowiedział pastor.

– Chcemy z nim mówić.

W lichej, dwuizbowej chacie spało ośmioro ludzi. 14-letni Emmett Till, syn siostrzenicy Wrighta, dzielił pryczę ze swoim kuzynem. Biali obudzili go, świecąc mu latarką w twarz. Jeden z nich mierzył do niego z colta kalibru 45.

– To ty gadałeś? – zapytał.

– Ja.

Kazali mu się ubrać i wyprowadzili przed dom. Wright i jego żona chcieli im zapłacić, żeby zostawili chłopca w spokoju. Pastor tłumaczył, że dzieciak jest z Północy i nie umie się zachować.

Ale biali nie chcieli o tym słyszeć.

– Wracajcie spać, czarnuchy – powiedział jeden z nich.

Posadzili chłopaka w zielonym chevrolecie i odjechali.

Mose Wright stał przez 20 minut przed domem i czekał. Gdy Emmett nie wrócił, pastor pojechał do miasta go szukać. O ósmej rano wrócił do domu z niczym. Starszy kuzyn Emmetta zadzwonił do biura szeryfa.

Sąd sądem, ale segregacja musi trwać

Tydzień wcześniej, 21 sierpnia 1955 r., Emmett Till z dwoma kuzynami przyjechał do Money z Chicago. Nigdy wcześniej nie był na Południu. Matka tłumaczyła mu, że to inny świat. W Chicago, choć większość dzielnic była rasowo niemal jednolita, formalnie nie było segregacji. Afroamerykanie i biali często chodzili do tych samych szkół, kin czy restauracji. W Money Emmett pokazał miejscowym dzieciakom zdjęcia ze szkoły, na których stał obok białych dziewczyn.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej