Tuż po wojnie prasę obiegły informacje o powstałym w USA „robocie-matematyku”, „elektronowej maszynie do liczenia” nazwanej ENIAC. Zbudowany na potrzeby armii kolos ważył 30 ton i mógł wykonać do 5 tys. dodawań na sekundę, a w ciągu pół minuty obliczał tor pocisku lecącego w powietrzu minutę (bez wsparcia maszyny człowiek rozwiązywałby to samo zadanie 20 godzin). Szybko dostrzeżono, że urządzenie o tak niesamowitych możliwościach może zrewolucjonizować nie tylko wojskowość, lecz także wiele dziedzin przemysłu, administracji i nauki. Dla przykładu podamy, że fizyk angielski Hartree niepotrzebnie spędził piętnaście lat nad wyliczeniem struktury atomu. Naprawdę szkoda było czasu. ENIAC dokonałby tego w dwa albo trzy dni – pisała prasa.

ENIAC rozpalał wyobraźnię matematyków i entuzjastów techniki także w podnoszącej się z wojennych zniszczeń Polsce. Leon Łukaszewicz, wówczas świeżo upieczony inżynier w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym, wspominał, że był pod wielkim wrażeniem zarówno konstrukcji, jak i możliwości obliczeniowych tej maszyny. Wynikało z nich, że to, co ja liczę cały dzień, maszyna ta liczy w sekundy. W grudniu 1948 r. Łukaszewicz rzucił dotychczasową pracę i dołączył do grona pasjonatów zamierzających zbudować polskiego ENIAC-a.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej