Nadszedł pamiętny dzień 2 sierpnia 1943 r. Było upalnie i słonecznie. Nad całym obozem Treblinka roznosił się odór spalonych, rozkładających się ciał tych, którzy przedtem zostali zagazowani. Ten dzień był dla nas dniem wyjątkowym. Mieliśmy nadzieję, że spełni się w nim to, o czym od dawna marzyliśmy. Nie myśleliśmy, czy pozostaniemy przy życiu. Jedyne, co nas absorbowało, to myśl, aby zniszczyć fabrykę śmierci, w której się znajdowaliśmy – pisał Samuel Willenberg, więzień obozu.

Uciekali, gdy obóz już płonął. Całą grupą. On ranny w nogę, z butem pełnym krwi. W lesie natknęli się na dziewczynę ze wsi. Patrzyła na nich jak na istoty z innej planety. „Piekło spalone!” – krzyczał do niej Willenberg. Zwariowałem – wspominał.

Piekło Dantego

Piekłem nazwał to miejsce komendant obozu Franz Stangl tuż po przyjeździe we wrześniu 1942 r. – pisze Wójcik. Stangla przysłano z Sobiboru, żeby posprzątał po swoim poprzedniku i usprawnił proces zabijania. Bo o ile powstała w lipcu 1941 r. Treblinka I była karnym obozem pracy, gdzie przetrzymywano około 20 tys. Polaków, o tyle Treblinka II wybudowana rok później w ramach akcji „Reinhardt” miała być wyłącznie obozem zagłady Żydów.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej