Historię lwowskiego piwa można czytać jak historię gospodarczą i polityczną stolicy Galicji. Cokolwiek się działo, odbijało się w kuflach i sznytkach, szklankach mieszczących połowę dużego piwa. Lwów uchodził za najbardziej piwne z polskich miast. Sławomir Jędrzejewski, autor książki „Jeszcze jedna bombka eksportowego. Piwo we Lwowie 1840-1939”, zapewnia, że choć we Lwowie mieszały się narodowości, to piwo łączyło wszystkich.

Od Prohaski do Kisełki

Piwo w XIX w. było czymś więcej niż tylko sposobem na szum w głowie. Miało być lekarstwem m.in. na nieżyt żołądka oraz choroby płuc i dróg oddechowych. Traktowano je jako postęp obyczajowy. W 1876 r. lwowska prasa pisała: Gdyby więc udało się zastąpić wódkę przez napój zdrowy, pożywny a niełatwo upajający, jakim jest piwo, w takim razie wraz z pijaństwem znikłaby większość nieszczęść dojmujących dotkliwie włościanom. Powstrzymany od pijaństwa, chłop nasz w bardzo wielu wypadkach uniknąłby lichwy, a karczma może przestałaby być miejscem sporów i bijatyk, ale powoli uszlachetniałaby się w rodzaje zabaw tam odbywanych i zawitałyby pisma ludowe, owe jutrzenki umysłowego postępu wieśniaka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej