Wiedziałem. Ludzie się ze mnie śmiali, z malucha produkującego płyty rockandrollowe. Ale ja wiedziałem. Próbowałem wytłumaczyć wszystkim swoim zespołom, że robimy coś bardzo ważnego. Naprawdę. To było bardzo trudne, bo miałem do czynienia z ludźmi pozbawionymi poczucia przeznaczenia. Nie wiedzieli, że tworzą sztukę, która zmieni świat. Ja wiedziałem – mówił w grudniu 2002 r. w wywiadzie udzielonym Mickowi Brownowi. Rozmowa posłużyła za kanwę biograficznej książki „Burząc Ścianę Dźwięku” i jest ciekawa nie tylko dlatego, że Spector po raz pierwszy od lat opowiada w niej swoje losy, ale przede wszystkim dlatego, że ukazała się kilka tygodni przed wydarzeniem, które zakończyło jedno życie, na zawsze odmieniło drugie, a do legendy dopisało ponure, dalekie od happy endu zakończenie.

W lutym 2003 r. w jego posiadłości zginęła aktorka Lana Clarkson. Sześć lat później Spector został uznany za winnego morderstwa drugiego stopnia i skazany na dożywocie, z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 19 latach. Opinia publiczna przyjęła wyrok z entuzjazmem. Dziennikarz „The Village Voice” w tekście zatytułowanym „Czy może być ktoś bardziej chory niż Phil Spector?” wyraził nadzieję, że to połączenie Willy’ego Wonki z Charlesem Mansonem za kratkami zostanie czyjąś suką. Proces relacjonowały media z całego świata, wydawnictwa planowały książki, stacje telewizyjne zamawiały scenariusze.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej