Wacław Radziwinowicz - dziennikarz, przez wiele lat korespondent „Gazety Wyborczej” w Moskwie, autor m.in. „Gogola w czasach Google’a” i „Creme de la Kreml”

To, co się stało z Siergiejem Skripalem, podwójnym agentem otrutym niedawno w Wielkiej Brytanii za pomocą gazu bojowego, przypomina, że rosyjskie służby specjalne mają bogatą tradycję skrytobójczego likwidowania przeciwników władzy. W kraju i daleko poza jego granicami.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Były rosyjski szpieg Siergiej Skripal został otruty środkiem paraliżująco-drgawkowym

Wyeliminować „Obiekt S”

Wszystko zaczęło się dawno temu, jeszcze za rządów Stalina. 17 czerwca 1946 r. Naum Samet miał rozpocząć nowe życie. Jego wojenna tułaczka dobiegała końca, pozostało więc zebrać manatki i ruszać do Polski, skąd ceniony inżynier okrętowy siedem lat wcześniej uciekł przed Niemcami.

Przed ósmą rano Samet ruszył z hotelu nad brzegiem Wołgi na dworzec w Uljanowsku. Stamtąd jeszcze przed południem miał dojechać pociągiem do swojego Bazarnego Syzgana, a potem – już prosto do ojczyzny.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej