Z PROF. JANEM GRABOWSKIM* ROZMAWIA MIROSŁAW MACIOROWSKI

Mirosław Maciorowski: Co jest złego w upamiętnianiu polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata?

Prof. Jan Grabowski: Nic, zasługują na pamięć – ale bardzo ważny jest kontekst upamiętniania.

Czytając pana felietony, mam jednak wrażenie, że ma pan z tym jakiś problem. A przecież ponad 6600 drzewek w Yad Vashem to bardzo dużo.

– Oczywiście, ale uważam, że wykorzystuje się Sprawiedliwych w cyniczny i niegodziwy sposób. Mają zasłonić właśnie to, z czym Polacy nie potrafią sobie poradzić – problem nierozliczonych zbrodni na Żydach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Polacy ratujący Żydów stanowili przerażoną mniejszość

Jak mam oceniać to, że Tadeusz Rydzyk buduje Sprawiedliwym kaplicę? Przecież w Radiu Maryja całymi latami można było usłyszeć antysemickie treści. Jak mam oceniać to, że kult Sprawiedliwych zaczyna uprawiać skrajna prawica – miłośnicy ONR i NSZ? To nic innego, jak próba przedstawienia działalności Sprawiedliwych jako normy zachowań Polaków w czasie okupacji. A to jest przecież bezczelne fałszowanie historii.

Sprawiedliwi zasłużyli na uhonorowanie, ale każdy z nich podjął bohaterską, lecz jednak indywidualną decyzję: pojedynczy Kowalski, Nowak czy rodzina Ulmów. Natomiast ludzie, którzy dziś kreują politykę historyczną, lansują tezę, że cały polski naród tak się zachowywał. A naród zachowywał się bardzo różnie, w znacznej części bardzo źle, i trzeba umieć się z tym zmierzyć, a nie zasłaniać się Sprawiedliwymi.

Zresztą jak te ponad 6600 polskich drzewek skonfrontuje się z liczbą Żydów, którzy uciekli z gett i szukali ratunku, a znaleźli śmierć z ręki lub przy współudziale Polaków, to nagle się okazuje, że brakuje powodów do narodowej pychy.

Liczba, którą pan podaje – 200 tys. Żydów zamordowanych przez Polaków – wywołuje wielkie kontrowersje. Kwestionują ją prawicowi historycy i publicyści. Bronisław Wildstein, członek polsko-izraelskiej grupy ds. dialogu historyczno-prawnego, stwierdził niedawno w Radiu RMF, że nie wiadomo, na jakiej podstawie pan to oszacował.

– Nigdy nie mówiłem o 200 tys. Żydów zamordowanych własnoręcznie przez Polaków. Panu Wildsteinowi najwyraźniej mylą się pojęcia. Mówiłem, że według moich szacunków Polacy mogą być odpowiedzialni lub współodpowiedzialni za śmierć większości tych ludzi – a to ważne rozróżnienie. Bo część Żydów niewątpliwie zginęła bezpośrednio z polskiej ręki, a część zabili Niemcy, lecz na skutek polskich donosów bądź też po tym, jak Polacy doprowadzili i oddali żydowskie ofiary w ręce niemieckiej policji.

Jak pan to wyliczył?

– Gdy wiosną 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji gett w Generalnej Guberni oraz na ziemiach polskich wcielonych do Rzeszy, żyło w nich ok. 2,5 mln Żydów. Z tym szacunkiem historycy nie mają problemu i nie wzbudza on większych kontrowersji.
W wyniku likwidacji gett większość Żydów przetransportowano do obozów zagłady i tam zamordowano. Ale część uciekła podczas akcji likwidacyjnych. Nie wiemy dokładnie ilu. Szymon Datner, często cytowany polski historyk żydowskiego pochodzenia, mówił o 200-250 tys. Żydów, którzy schronili się po aryjskiej stronie. Z kolei izraelski badacz Samuel Krakowski twierdził, że mogło ich być aż 300 tys. O 300 tys. uciekinierach z gett wspominają też materiały IPN, choć akurat to, co sądzi o Zagładzie ta instytucja, w oczach badaczy ma niewielkie znaczenie.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej