Na miejscu zostawili jedynie chorych i najsłabszych więźniów. 18 stycznia zaopatrzono nas w prowiant – wspominała lwowianka Ludmiła Maria Dąbrowska, później, po mężu, de Moszoro. Przygotowałyśmy nasze plecaki z tą niewielką liczbą rzeczy, jakie każda z nas miała (zabrałam, między innymi, moją poduszeczkę z pierza), i wcześnie po południu uformowano nas w kolumnę marszową. (...) Szłyśmy kilka dni i kilka nocy. Czasami na noc umieszczali nas w wielkich spichlerzach. Podczas marszu robiono krótkie postoje. Wiele osób nie wytrzymywało takiego wysiłku – opóźniało się, zatrzymywało albo siadało na skraju drogi. Rozstrzeliwano ich natychmiast. I tak naszą drogę znaczyły niezliczone trupy. Pewnej nocy, kiedy pozwolono nam spać w stodole, pięć spośród moich towarzyszek z Pflanzenzucht [podobozu w Rajsku zajmującego się roślinami do produkcji kauczuku] próbowało uciec. Dwie z nich rozstrzelano podczas ucieczki, inną, która była ukryta w słomie, zabito wieloma ciosami bagnetów, tylko dwóm udało się ujść z życiem.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej