W 1959 r. Włodzimierz Strzyżewski, szermierz przygotowujący się do akademickich mistrzostw świata, nie dostał w zakładzie pracy urlopu na obóz treningowy. Inni zawodnicy wyjechali, a on, spacerując latem po Warszawie, bezowocnie poszukiwał partnera do ćwiczeń. „I wtedy przypomniałem sobie zabawę z dzieciństwa, kiedy z sąsiadem rzucaliśmy na podwórku starą oponkę od dziecięcego wózka” – wspominał po latach. „Świstała w powietrzu, chwyt aż parzył w ręce, ale co to była za frajda, kiedy podbiegając lub skacząc, trafiało się nieomylnie dłonią! Stałem na pustym boisku siatkówki w przystani nad Wisłą i doznałem olśnienia: a gdyby tak zagrać nie piłką, ale kółkiem!”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dużo ruchu i emocji. O grze w ringo opowiada trener i zawodnik Zbigniew Wiśniewski

Ringo: nowy sport dla wszystkich

Strzyżewski przekonany, że wymyślona przez niego zabawa może się stać nie tylko urozmaiceniem treningu, lecz także pełnoprawną dyscypliną sportową, rozpoczął promowanie gry w kółko wśród młodzieży. Był sportowcem, ale też dziennikarzem, łatwo więc dotarł do mediów. Na początku lat 60. jego gra była już pokazywaną w telewizji konkurencją dziecięcej olimpiady w Warszawie, a jej zasady opublikował harcerski tygodnik „Na Przełaj”. Wynalazca sprytnie postanowił wykorzystać istniejące już boiska do siatkówki. Zaproponował, by zawodnicy, grający indywidualnie lub zespołowo, przerzucali gumowe kółko przez siatkę, tak aby upadło po stronie przeciwnika. Przy czym rzut należało wykonać tą ręką, którą schwytało się kółko rzucone przez rywala. Przynajmniej jedna noga zawodnika rzucającego musiała spoczywać na ziemi, a tor lotu kółka musiał być jak najbardziej zbliżony do poziomu. Wygrywali zawodnik lub drużyna, którzy jako pierwsi zdobyli 15 punktów. Gumowe kółko zabawkę można było kupić w sklepie sportowym lub zrobić z opony.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej