Położone zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy Katowice nie miały szans na obronę. Wprawdzie w latach 30., wzorując się na francuskiej Linii Maginota, rząd wybudował kilkadziesiąt schronów bojowych, tworząc Obszar Warowny „Śląsk”, ale nie odegrał on żadnej roli w kampanii wrześniowej. Wehrmacht ominął umocnienia od południa i północy, więc polskie dowództwo, by uniknąć okrążenia, już drugiego dnia wojny zarządziło odwrót ze Śląska. Odtąd niemiecki marsz na Katowice utrudniały już tylko ochotnicze jednostki samoobrony złożone głównie z weteranów powstań śląskich. To oni prawdopodobnie zabili kilku żołnierzy 239. Dywizji gen. Ferdinanda Neulinga, która w poniedziałkowy poranek, 4 września, wkraczała do Katowic.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Początek wojny oczami młodej bydgoszczanki. Niezwykły dziennik

Ktoś strzelał do Niemców z wieży spadochronowej, a także z dachów budynków. Egzekucje dokonywane w następnych dniach na cywilnych mieszkańcach hitlerowska propaganda uzasadniała właśnie tymi – jak je nazywano – „zdradzieckimi strzałami”.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej