Po II wojnie światowej Wojsko Polskie ruszało do boju co najmniej siedem razy. Bitwy i potyczki toczyliśmy pod znakami Układu Warszawskiego, ONZ, NATO i własną banderą. Nie wszystkie akcje zbrojne przyniosły nam chwałę. Walczyliśmy z szyicką armią fanatyków islamskich, z Czerwonymi Khmerami Pol Pota, z afgańskimi talibami, ale też rozbrajaliśmy Czechów, gdy ci zbuntowali się przeciw komunie.

20 sierpnia 1968 roku dziesięć minut przed północą dziewięciu komandosów z 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie wyszło z posterunku polskich wopistów w Lubawce. Cel – czeska strażnica w Královcu. Stąpali cicho i ostrożnie. Na czele szturmowców, ubranych w budzące zazdrość w wojsku spadochroniarskie mundury, szedł porucznik Jerzy Wróbel. Najlepiej znał okolicę.

Dwa dni wcześniej był już u Czechów. Przebrał się w mundur szeregowego i udawał brata dowódcy strażnicy WOP w Lubawce. Szef polskiej strażnicy powiedział czeskim kolegom, że brat dostał urlop w swojej jednostce i wpadł na parę dni w odwiedziny. Chciał zobaczyć życie po drugiej stronie i napić się czeskiego piwa. Czesi w Královcu niczego nie podejrzewali. Sami otworzyli butelki staropramena i poczęstowali.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej