Kiedy rozniosła się wiadomość o planowanym przejściu kanałami, o ucieczce z koszmaru, kto tylko mógł – zdrowi i ranni – szykował się do wyruszenia. Kto nie był w stanie iść sam, miał zostać – i czekać na Niemców. Leszek Wójcicki „Leszek” z batalionu „Czata 49” wspominał: decyzja pozostawienia ciężko rannych na pastwę wroga zrobiłaby zdrowych z nieboszczyków. Idziemy.

W ostatnich dniach sierpnia 1944 r. Stare Miasto przypominało czeluście piekielne. Szalejące pożary, nieustający ostrzał artyleryjski, regularne naloty i morze gruzów. A wśród nich ludzkie widma cierpiące z powodu ran, braku jedzenia, wody i snu – taki obraz wynieśli ci, którym udało się opuścić staromiejski kocioł.

W stronę kanałów ruszyły całe pielgrzymki. Przemykając wśród ruin, kryjąc się w ocalałych bramach, wypatrując nadlatujących samolotów – krok po kroku zbliżali się do włazów. Twarze żołnierzy są szare, wychudłe, oczy błyszczą gorączkowo, febrycznie – pisał Wójcicki. – W mijających nas szeregach widać wielu rannych. Pokrwawione, brudne bandaże spowijają ręce, ramiona, głowy. Nikt się nie śmieje. Nikt nie żartuje. Oddziały przechodzą cicho, ponuro jak orszak pogrzebowy. Co za kontrast z chłopakami pełnymi werwy, życia i animuszu, którzy szli do powstania 30 dni temu. Tak dokładnie miesiąc temu rozpętaliśmy żywioły, nad którymi teraz nie panujemy.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej