Kiedy rozniosła się wiadomość o planowanym przejściu kanałami, o ucieczce z koszmaru, kto tylko mógł – zdrowi i ranni – szykował się do wyruszenia. Kto nie był w stanie iść sam, miał zostać – i czekać na Niemców. Leszek Wójcicki „Leszek” z batalionu „Czata 49” wspominał: decyzja pozostawienia ciężko rannych na pastwę wroga zrobiłaby zdrowych z nieboszczyków. Idziemy.

W ostatnich dniach sierpnia 1944 r. Stare Miasto przypominało czeluście piekielne. Szalejące pożary, nieustający ostrzał artyleryjski, regularne naloty i morze gruzów.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej