13 lipca 1942 r. w szkole w Biłgoraju pełniącej funkcję koszar 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy pobudkę ogłoszono przed drugą w nocy. Policjanci, hamburczycy około pięćdziesiątki, więc zbyt starzy, żeby służyć w Wehrmachcie, ale zdatni do wykonywania zadań w Policji Porządkowej, ciężarówkami pojechali do odległego o 30 km Józefowa. Tam ich dowódca, 53-letni major Wilhelm Trapp, łamiącym się głosem poinformował, że tutejsi Żydzi współpracują z partyzantami. Mężczyźni zdolni do pracy mają zostać oddzieleni i wysłani do obozów, a kobiety, starcy i dzieci – rozstrzelani. Dodał, że ci, którzy nie czują się na siłach, mają wystąpić i zostaną odkomenderowani do innych zadań.

Kiedy wczesnym rankiem Trapp dał swoim podkomendnym możliwość odsunięcia się od udziału w akcji – pisze amerykański historyk Christopher R. Browning – ci mieli zbyt mało czasu, by do końca zdawać sobie sprawę z zadania. Zaledwie dwunastu instynktownie wykorzystało sytuację, aby (…) uwolnić się od udziału w zbrodniczej operacji.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej