MIROSŁAW MACIOROWSKI: Skąd się wziął król Staś na polskim tronie?

PROF. PIOTR UGNIEWSKI: Jak mój student mówi „król Staś”, to z zaliczenia nici.

Przecież to pieszczotliwe.

– Pogardliwe. Tak króla nazywali przeciwnicy, żeby go zdezawuować.

Może zasłużył? Historycy od dwóch wieków spierają się o Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niektórzy uważali go za próżnego hedonistę, kobieciarza i politycznego bankruta, inni – za intelektualistę i męża stanu.

– W dwusetną rocznicę śmierci króla prof. Janusz Tazbir napisał w „Wyborczej” tekst pod tytułem „Najlepszy z ministrów kultury”. I taka jest właśnie klisza: żaden polityk, tylko pięknoduch, który przesiadywał z damami w Łazienkach, a jeśli mu coś wyszło, to obiady czwartkowe.

Fałszywa?

– Nie stronił od kobiet, ale nie był bawidamkiem, tylko konsekwentnym politykiem, który życie strawił na zajmowaniu się państwem.

Jednak mało skutecznie. Jeśli spojrzymy na króla jak na piłkarskiego trenera, to nie broni go wynik: drużyna przegrała, a klub został rozwiązany.

– To prawda, ale tylko jeśli patrzy się przez pryzmat ostatnich lat panowania: wojny z Rosją 1792 r., konfederacji targowickiej, abdykacji i ostatecznego rozbioru kraju. Rzeczpospolita zniknęła, ale rządził aż 31 lat, cały czas próbując kraj reformować, by zapobiec temu upadkowi.

Koniec był marny i w fatalnym stylu. Nie mógł się postawić carycy Katarzynie II? Zostać królem może uwięzionym, ale niezłomnym?

– Taki punkt widzenia narzucili nam romantycy, którzy nie lubili króla właśnie za ten styl, czyli brak heroizmu. Uważali, że gdy Rosjanie obalali Konstytucję 3 maja, powinien bohatersko ruszyć na czele wojska i dać się zabić. Złośliwie zauważę, że ani Tadeusz Kościuszko, ani książę Józef Poniatowski nie dali się wtedy zabić.

Stanisław August nie wierzył w teatralne gesty. Był pragmatykiem, a przystępując do targowicy, próbował ratować, co się da, z dorobku Sejmu Wielkiego i swego panowania.

Nie czcimy już wielkich bohaterów, preferujemy ludzi sukcesu. Rozmowa z prof. Januszem Tazbirem

To naiwne. Przecież postępowanie Katarzyny nie pozostawiało złudzeń.

– Tak można mówić dziś. Ale latem 1792 r. nawet główni gracze w Europie nie byli w stanie przewidzieć przyszłości – we Francji trwała rewolucja, na kontynencie dochodziło do politycznych przetasowań. Gdy wojska Katarzyny zbliżały się do Warszawy, król uznał, że wyjściem są daleko idące, ktoś powie nawet: hańbiące ustępstwa. Uważał, że zachowa choć szczątkową substancję państwową.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej