Sierpień 1939 r. jest tak upalny, że Karol Estreicher, biegnąc przez Rynek, ma ochotę zdjąć marynarkę. Ciemna, modnie zaczesana na bok grzywka opada mu na czoło, więc odgarnia ją niecierpliwie. Zawsze chodzi szybko, ale teraz śpieszy się szczególnie, bo czasu jest mało. Za kościołem skręca w lewo, w Sienną, mija kamienicę Szarą, potem dawny dom Piotra Skargi, przecina Planty i kieruje się w stronę Wielopola, do Pałacu Prasy. Gazety są mu teraz bardzo potrzebne. Nie chodzi o rozgłos, ale makulaturę, której sporo zalega w redakcji „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Dobrze by było, gdyby dowieźli ją własną ciężarówką.

Archiprezbiter kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie, ksiądz infułat Józef Kulinowski, zanim w niedzielę wypowie z ambony sakramentalne „idźcie z Bogiem”, ogłasza, że w najbliższym czasie kościół będzie zamknięty.

Zrabowane skarby - wojenne dokonania profesorów Stanisława Lorentza i Karola Estreichera to przecież gotowy materiał na hollywoodzki scenariusz

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej