"Azyl". Warszawskie zoo w filmie. Hollywodzka opowieść o Żabińskich

Adolfa trzeba powstrzymać – co do tego nie było wątpliwości. Nie chodziło jednak o Hitlera, tylko o „Adolfa kidnapera”, rezusa, który wiódł prym w swoim stadzie, bezkarnie wykradł syna najstarszej samicy Marcie, a potem oddał go swojej ulubionej partnerce Nelly. Cała obsługa zoo była zgodna, że zachował się skandalicznie. Na szczęście w innych rejonach ogrodu był spokój.

Jan Żabiński starał się konsekwentnie realizować swoją wizję – pewnego dnia warszawskie zoo będzie przypominać naturalne środowisko jego mieszkańców, zostanie parkiem na światowym poziomie, najlepszą rozrywką warszawiaków, dumą miasta.

Na początku 1939 r. zoo w stolicy mogło się pochwalić ogromnymi sukcesami. W stepowych siedliskach żyły dzikie afrykańskie psy, likaony, w Warszawie obecne od niedawna, a w innych ogrodach Europy jeszcze niewidywane. Parę miesięcy wcześniej przyszła na świat pierwsza urodzona w niewoli zebra Grevy’ego, wyższa i bardziej prążkowana od tej znanej z książek. No i duma warszawiaków – dwunaste słoniątko, także urodzone w niewoli, ochrzczone z tej okazji imieniem Tuzinka. Co dzień przed wybiegiem dla słoni gromadziły się tłumy, żeby obejrzeć ten 120-kilogramowy „wielki tobołek” – jak pisała w swoim dzienniku Antonina – z szerokimi uszami w kształcie bratka, czarną grzywką i niebieskimi oczami, który nieporadnie garnął się do matki.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej