20 kwietnia 1973 r., port w Jokohamie, 26-letni David Robert Jones, znany powszechnie jako David Bowie, wszedł po trapie i spojrzał na tłum wypełniający nabrzeże. Stojący w strugach deszczu Japończycy wykrzykiwali jego imię i klaskali. David Bowie przypomniał sobie wydarzenia sprzed kilku dni: podczas koncertu zrzucił strój z czerwoną błyskawicą i cisnął przed siebie. Dziesiątki rąk rozerwały go na strzępy, by po chwili rzucić się ku artyście. Młodych ludzi powstrzymał feralny incydent: runął podest i osunęli się pod podłogę. Na szczęście obyło się bez ofiar.

Umarł? Zniknął. Ciało zostało skremowane, ale zgodnie z życzeniem - "bez rozgłosu". Czy David Bowie w ogóle żył?

Z zadumy wyrwały muzyka dźwięki syren. Statek radzieckiej floty dalekowschodniej majestatycznie wyszedł z portu i ruszył na północ. Opłynął wyspę Honsiu, skierował się ku zachodowi, na Morze Japońskie, i po dwóch dniach zawinął do Nachodki.

Zanim jednak David Bowie, przybił do brzegów ZSRR, zdążył rozsmakować się w wygodach MS „Feliksa Dzierżyńskiego”. W listach do press-menedżerki Cherry Vanilli określał statek jako cudowny i nawet bardzo „pluszowy”. Jego zachwyt byłby mniejszy, gdyby wiedział, że został zbudowany w Niemczech wschodnich i przekazany ZSRR w ramach reparacji wojennych, a na burcie wypisane ma nazwisko krwawego oprawcy.

Gwiazdor zaaranżował w klubie okrętowym spontaniczny występ. Nie planowaliśmy tego, ale uznałem, że jest to niezły pomysł – pisał. – Nic wielkiego, po prostu akompaniowałem sobie na gitarze. Sądzę, że się podobało, wyczułem to po reakcji publiczności.

Pozostało 85% tekstu
To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.