Według jednej wersji była to żydowska chata, według innej – cheder, gdzie kilku nastolatków w chałatach i jarmułkach siedziało nad Torą. Z pewnością zdarzyło się to w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie do jednego z budynków wpadło dwóch gojów z pistoletami. Zażądali, żeby wskazać im tylne wyjście. – Ja poprowadzę – poderwał się wysoki, szczupły chłopak. Gdy zgubili pościg, chciał się pożegnać, ale nieznajomi nie pozwolili mu odejść. Byli działaczami Organizacji Bojowej PPS, którzy brali udział w zamachu na rewirowego. Uznali, że lepiej świadka ucieczki nie zostawiać na żer carskiej policji. Zabrali go ze sobą do Łodzi, a ojcu kazali rozgłaszać, że został zabity przez „bojowców”.

Chłopak miał wówczas 11 lat (rzecz się działa w 1901 r.), nazywał się Judel Dan Łokieć, był synem sukiennika i chętnie włączył się w prace PPS – przenosił listy, bibułę, broń i pieniądze. Zrzucił też chałat, jarmułkę, obciął pejsy i wrócił do szkoły, tym razem powszechnej. Toczył w niej walki na pięści z katolickimi rówieśnikami, którzy śmiali się, że kiepsko mówi po polsku. Po latach Józef Łokietek – bo tak go odtąd nazywano – nauczył się paru innych języków: francuskiego, angielskiego, niemieckiego, włoskiego. Żadnym nie posługiwał się jednak dobrze, nawet jidysz podobno nie był jego mocną stroną. Może dlatego całe życie uchodził za milczka i rzadko się odzywał.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej