Hasło „Chciejmy niemożliwego” miało dopiero w pełni wybrzmieć, ale już u progu lat 60. po obu stronach Atlantyku, od Kalifornii po Finlandię, gorzały ogniska buntu, który miał postawić świat na głowie. Wietrzał szacunek dla autorytetów, hamował pęd ku dostatkowi, za to przypominano idee najprostsze – ludzie są równi bez względu na kolor skóry, wyznanie i narodowość. Włożono dżinsy – symbol egalitaryzmu. Ktoś zapalił trawę, wsunął pod język bibułkę nasączoną LSD albo wyjechał w podróż bez celu. Dorośli nie mieli prawa się w takie życie wtrącać.

Pokolenie urodzone po II wojnie światowej po prostu miało dosyć. Dosyć „wszystkiego”. Gdyby spytać, co jest ich celem, wrzeszczeliby, że nic wielkiego – po prostu lepszy świat.

Nasi starzy nic nie rozumieją

J. Edgar Hoover uważał poglądy Toma Haydena za kopię myśli kubańskiej partyzantki Fidela Castro. Gdyby oberpolicjant żył dłużej (Hoover służył ośmiu prezydentom, zmarł w 1972 r.), przekonałby się, w jak wielkim był błędzie. A może nie? Jego antykomunistyczna obsesja tak bardzo zawężała pole widzenia, że pewnie nigdy by nie uwierzył, że Haydenowi i jego kompanii szło tylko o lepsze USA.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej