Pociski ziemia-powietrze na paradzie w Moskwie w 1965 roku
Fot. Mokletsov Alexander RIA NOVOSTI/EAST NEWS
Rok 1983 był dla radzieckich przywódców prawdziwym koszmarem. Dla kogoś, kto wierzył, że amerykański atak jest nieunikniony, sygnały były oczywiste: Amerykanie właśnie zaczynali rozmieszczać rakiety Pershing w Europie Zachodniej, a Reagan nakręcał antyradziecką propagandę. W listopadzie wojna była o krok
Niektórzy są przekonani, że prezydent Ronald Reagan żartował. Że jako aktor z dużym stażem i wieloletni działacz hollywoodzkich związków zawodowych po prostu użył porównania z filmu, którym nadal żyły miliony fanów w USA. Ale pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego najwyraźniej dowcipu nie złapał, a "Gwiezdnych wojen" nie widział. Gdy Reagan powiedział więc o ZSRR, że to imperium zła, Jurij Andropow nie zobaczył się w roli Dartha Vadera i o Reaganie powiedział, że to szalony kłamca.
Od tego momentu było jasne, że w stosunkach Moskwy z Waszyngtonem rok 1983 łatwy nie będzie. Reagan był postrzegany na Kremlu jako kowboj, który za chwilę wyciągnie z kabury rewolwer i zacznie strzelać, żując jednocześnie cygaro. Tak zresztą przedstawiały Reagana m.in. PRL-owskie plakaty.
Amerykanie nie wiedzieli jednak, że od końca lat 70. w Departamencie I KGB, czyli w wywiadzie zagranicznym, stoi komputer załadowany napisanym przez radzieckich informatorów programem analizującym przyszłość świata.
Program dostawał prawdziwe informacje i dane o wydarzeniach na świecie i na tej podstawie przewidywał najbardziej prawdopodobne warianty przyszłości. Komputer najwyraźniej nie dostawał jednak tekstów wystąpień z plenów partyjnych, bo z jego analiz wynikało, że niewydolny gospodarczo i tracący wpływy w Trzecim Świecie Związek Radziecki zimną wojnę po prostu przegrywa.
Analitycy KGB byli przekonani, że Amerykanie też taki program mieli (mieli, ale ich program wskazywał na impas w zimnej wojnie ze wskazaniem na ZSRR) i zdają sobie sprawę z przewagi ekonomicznej i militarnej nad ZSRR. Uważali także, że szalony Reagan z szalonymi generałami mogą się zdecydować tę przewagę wykorzystać.
Na początku 1981 r. analitycy wywiadu zagranicznego KGB podzielili się swoimi obawami z wąskim gronem najwyższych urzędników w państwie - z Biurem Politycznym partii komunistycznej. Politbiuro było przerażone. W maju 1981 r. Andropow i ówczesny sekretarz generalny partii Leonid Breżniew pojechali do centrali Departamentu I w Jasieniewie pod Moskwą na spotkanie z kierownictwem służby oraz z jej wydziałem ds. USA i Europy Zachodniej.
Pierwszy zabrał głos Breżniew. Kilkuset siedzącym w absolutnej ciszy oficerom powiedział, że nie ma już żadnych wątpliwości co do intencji Reagana - ten aktorzyna chce zaatakować znienacka Związek Radziecki i zamienić w apokaliptyczne popielisko. - Atak będzie niespodziewany, zostanie przeprowadzony przy użyciu głowic nuklearnych w najmniej spodziewanym momencie - mówił Breżniew.
Oficerowie zastanawiali się, skąd pierwszy sekretarz ma takie informacje, ale słowem się nie odezwali. Nie odezwali się też, gdy Andropow, wówczas dyrektor KGB, oświadczył, że od tej chwili wywiad cywilny i wywiad wojskowy GRU będą wspólnie prowadzić supertajną operację wywiadowczą pod pseudonimem "Rjan". Skrót pochodził od rosyjskiego wyrażenia "Rakietno-jaderne napadienie", czyli "Atak rakietowo-jądrowy".
KGB i GRU miały szukać w Europie Zachodniej i w USA wszelkich oznak świadczących o tym, że Reagan szykuje atak na ZSRR. Takie polecenie dostały wszystkie stacje KGB i GRU na całym świecie. Raporty przysyłane w ramach operacji "Rjan" trafiały na biurka członków politbiura każdego dnia, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku.
Od tej pory każda wypowiedź amerykańskiego dyplomaty gdzieś w Dżakarcie, który wypił trochę za dużo na przyjęciu, każdy amerykański bombowiec zbaczający nieco z kursu, wszystko było sygnałem o nadciągającej apokalipsie.
Peter Schweizer w swej książce "Zwycięstwo" opisuje również wiele świadomie podejmowanych wówczas akcji, które miały wyprowadzić Moskwę z równowagi. Amerykańskie bombowce strategiczne stale latały np. nad biegun północny, wzbudzając za każdym razem poważny niepokój radzieckich stacji radarowych, zastanawiających się, czy aby te bombowce nie lecą nad Moskwę.
W sierpniu 1981 r. kilkadziesiąt okrętów z USA, Wielkiej Brytanii, Kanady i Norwegii przepłynęło w pobliżu Grenlandii i Islandii kompletnie niezauważonych przez radzieckie satelity. Radziecki sztab generalny był wstrząśnięty. Na dodatek towarzyszące konwojowi lotnictwo przeprowadziło serię symulowanych ataków na samoloty radzieckie patrolujące okolice północnej granicy ZSRR.
Radzieccy piloci wykazali się w tym symulowanych starciach kiepskim wyszkoleniem i gorszym sprzętem. Gdyby to była prawdziwa wojna, zostaliby zestrzeleni.
W maju 1983 r. trzy amerykańskie lotniskowce, otoczone przez mnóstwo okrętów i samolotów, podpłynęły na niewielką jak na standardy marynarek wojennych odległość 700 km od portu Pietropawłowsk na Kamczatce. To jedyny do dziś rosyjski port z bezpośrednim dostępem do otwartego morza. Amerykańskie okręty podpłynęły do portu jeszcze bliżej, a Pentagon zadbał, by odpływając, zostały zauważone przez zdumionych Rosjan.
Już w lutym 1983 r. Jasieniewo pilnie depeszowało do wszystkich stacji KGB: wiele wskazuje na to, że rozkaz zaatakowania ZSRR został już wydany i wojna jest nieunikniona.
Wszystkie stacje miały zaangażować cały personel łącznie z sekretarkami w celu szukania sygnałów nadciągającego ataku nuklearnego. Rosjanie zwrócili się też z prośbą o pomoc do wywiadów NRD, Bułgarii i Czechosłowacji (służbom pozostałych krajów nie ufali na tyle, by dzielić się z nimi swoimi obawami).
Sam tylko HVA, czyli wywiad NRD kierowany przez legendarnego szpiega Marcusa Wolfa (to na nim wzorowana jest postać Karli w książkach Johna Le Carrego), w ciągu kilku lat w ramach operacji "Rjan" próbował zwerbować 1,5 tys. osób na terenie Niemiec wschodnich i zachodnich. Wolf wybudował pięć podziemnych bunkrów w różnych punktach kraju, by zbierać tam informacje w ramach operacji "Rjan" i przekazywał je specjalnym łączem do Moskwy.
Rok 1983 był dla radzieckich przywódców prawdziwym koszmarem. Dla kogoś, kto wierzył, że amerykański atak jest nieunikniony, sygnały były oczywiste: Amerykanie właśnie zaczynali rozmieszczać rakiety Pershing w Europie Zachodniej, a Reagan eskalował antyradziecką propagandę.
1 września 1983 r. radzieccy generałowie kazali strącić cywilnego południowokoreańskiego jumbo jeta z 269 osobami na pokładzie. Samolot po prostu zboczył z kursu, ale generalicja w Moskwie była przekonana, że to początek ataku lub bezpośrednie przygotowanie do niego.
Gdy tamtego dnia w większości krajów Europy rozpoczynał się rok szkolny, oficerowie dowództwa wojsk rakietowych ZSRR dzwonili do żon, by z dziećmi uciekały jak najdalej od miast i baz wojskowych, bo te za chwilę wyparują w ogniu nuklearnych eksplozji.