Z góry wyglądało to tak, jakby ktoś rozrzucił na ziemi kolorowe ubrania, i dopiero kiedy zniżyłem lot, dostrzegłem, że to masa ludzka. Wydawało się to jakimś surrealistycznym snem albo żartem. Oczekiwałem, że ci ludzie zaraz wstaną i zawołają: Mamy cię!" - wspominał Gerry Gouveia, pilot, który 19 listopada 1978 r., dzień po masakrze, przeprowadził lot zwiadowczy nad Jonestown, gujańską siedzibą sekty Świątynia Ludu. Jeszcze przed chwilą żyło tam tysiąc amerykańskich owieczek pastora Jima Jonesa, a teraz amerykańskie wojsko miało po nim posprzątać - niemal połowa z 912 ofiar (w tym 276 dzieci) nie została zidentyfikowana i spoczęła w masowych grobach. Dziś można przeczytać, że do czasu ataków Al - Kaidy z 11 września 2001 r. nigdy tylu Amerykanów nie zginęło jednorazowo. Wcale nie tak chcieli się zapisać w historii, nie jako uczestnicy największego samobójstwa w dziejach (choć właściwie było to masowe morderstwo), lecz jako budowniczowie alternatywnego, lepszego świata.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej