Wczesną wiosną 1907 r. niespełna dwudziestoletni Artur Rubinstein podbijał Paryż. Koncertował w najlepszych salach i najlepszych domach. Pewnego dnia Rubinstein dowiedział się od swojego przyjaciela, że także hrabia Mikołaj Potocki rad byłby widzieć obiecującego artystę z Polski na obiedzie. Niebawem pianista pojawił się w ogromnej rezydencji hrabiego w pobliżu Łuku Triumfalnego pod nr. 27 na avenue de Friedland - pięknej, szerokiej ulicy biegnącej z placu Gwiazdy (de l'Étoile) ku dworcowi St. Lazare. Po latach Rubinstein wspominał: Gdy weszliśmy do obszernego salon de fete, powitał nas dość wysoki pan pod pięćdziesiątkę. Był łysy, miał jasne wąsy i niezwykle łagodne błękitne oczy, osadzone w okrągłej, kształtnej twarzy. (...) Salon zaczął się stopniowo wypełniać gośćmi wszelakiego autoramentu i najrozmaitszych zawodów, starymi i młodymi. Niektórzy zachowywali się bardzo ceremonialnie, inni czuli się jak w domu, lecz większość wchodziła tu jak do restauracji (...). Hrabia Potocki utrzymywał tak zwany dom otwarty - pozostałość wspaniałej starej polskiej tradycji; znaczyło to, że pewnej liczbie osób, które chciał spotykać lub które chciał bliżej poznać, udzielał stałego zaproszenia. Ilekroć dysponowali wolnym czasem, byli mile widziani. Codziennie nakrywano do stołu na dwadzieścia cztery osoby. Tamtego dnia - jak pamiętam - obecnych było dwóch ambasadorów, jakiś rosyjski generał, kilku Polaków, sławny podówczas malarz portrecista Bonnat i nie mniej sławny karykaturzysta Sem, aktor Le Bargy oraz kilku członków rządu. Do stołu zasiadło chyba z szesnaście osób; część miejsc pozostała wolna. Jedzenie było wyśmienite, a rozmowa toczyła się na wysokim poziomie intelektualnym.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej