Robiąca dyplom reżyserka Agnieszka (Janda) tropi tajemnicę Mateusza Birkuta (Jerzy Radziwiłowicz) - dawnego murarskiego przodownika pracy z Nowej Huty. Pomaga jej sławny filmowiec Burski (Tadeusz Łomnicki), który przed laty wylansował Birkuta w filmach dokumentalnych.

Pomysł podsunął Jerzy Bossak, szef Zespołu Filmowego "Kamera", który przeczytał gazetową notę o człowieku, który zgłosił się do kadr w Nowej Hucie, chcąc się zatrudnić jako murarz. Gdy powiedziano mu, że z murarką już tu skończono, wyszedł. Dopiero wtedy urzędnicy przypomnieli sobie, że to murarski "gwiazdor" sprzed lat. Autor scenariusza Aleksander Ścibor-Rylski w latach 50. pisywał noty o sylwetkach przodowników pracy. Wajda w 1950 r. odwiedził Nową Hutę jako asystent Czesława Petelskiego, który kręcił jedną z nowel do "Trzech opowieści" - "Cenę betonu", o Franku, murarzu sabotażyście zalewającym zapasy cementu na budowie Nowej Huty. W pierwszej wersji scenariusza z 1963 r. w finale Birkut szedł do szkoły dla pracujących. Wajda widział w tej roli Ryszarda Filipskiego albo Stanisława Mikulskiego, a Burskiego miał grać Roman Polański. Jednak Komisja Ocen Scenariuszy tekst odrzuciła. Wincenty Kraśko, kierownik Wydziału Kultury KC PZPR, powiedział załamanemu Wajdzie: "Tu nie chodzi tylko o was, ale o partię, bo to ma być film partyjny".

Zdjęcia rozpoczęto 13 lat później. Wajda tłumaczył: "Gdybym musiał szukać pierwowzoru dla tego bohatera, szukałbym go we francuskiej literaturze XVIII-wiecznej, w postaci bohatera-prostaczka". "Człowiek z marmuru" powstał dzięki poparciu ministra kultury Józefa Tejchmy, który wyznał: "Wolę mieć kłopoty z tym filmem niż spokój z innymi". Zapłacił za to stanowiskiem. Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC do spraw propagandy, nakazał wyrzucenie z filmu sceny na cmentarzu, sugerującej, że Birkut zginął na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Złagodzono też scenę procesu i napaści Birkuta na Urząd Bezpieczeństwa.



Podczas kolaudacji 22 grudnia 1976 r., o dziwo, film został przyjęty entuzjastycznie. Prof. Aleksander Jackiewicz mówił, że "powstało dzieło sztuki o ogromnym znaczeniu kulturalnym, powstał film polityczny i możność jego powstania jest ogromnym komplementem dla władz kinematografii, nie mówiąc już o autorach filmu". Chwalił nawet partyjny Petelski: "Mówiło się o tym, że film ten rzuca cień na ZMP, a więc na okres młodości większej ilości osób, która znajduje się dziś na tej sali. Mnie się wydaje, że od tej strony ten film jest niesłychanie rzetelny, ale zarazem szalenie emocjonalny".
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej