W miarę jak w mroźny poranek 23 stycznia 1944 r. pociąg ze Smoleńska zbliżał się do moskiewskiego Dworca Białoruskiego, Homer Smith odczuwał coraz większy niepokój. Większość jego kolegów, siedemnastu korespondentów prasy zachodniej, była przestraszona i nie mogła się pozbyć przerażającego obrazu zbiorowych mogił polskich oficerów, które Sowieci pokazali im dzień wcześniej. Wracali z Lasu Katyńskiego, gdzie na zaproszenie radzieckiego MSZ uczestniczyli w konferencji prasowej komisji prof. Nikołaja Burdenki, naczelnego chirurga Armii Czerwonej. Pracujący pod jego kierownictwem specjaliści zaprezentowali dowody na to, że to nie NKWD, lecz Niemcy zamordowali polskich oficerów w Lesie Katyńskim.

Homer Smith zdawał sobie sprawę z tego, czego oczekują od niego Sowieci: w relacji z Katynia o zbrodnię na Polakach ma obwinić Niemców, używając przy tym jak najbardziej drastycznych słów. Tymczasem po wysłuchaniu radzieckich specjalistów i obejrzeniu ich "dowodów" zaczął mieć wątpliwości, czy aby rzeczywiście winni są Niemcy. Podczas podróży powrotnej do Moskwy w podobnym tonie wypowiadała się większość korespondentów. Ich zdaniem przedstawiono im nieprzekonujące dowody i spreparowanych świadków. A jeszcze dwie doby wcześniej, kiedy ich pociąg wyruszał do Smoleńska, wszyscy bez wyjątku byli przekonani, że ujawniona prawie rok wcześniej, w kwietniu 1943 r., przez Niemców zbrodnia katyńska to obliczona na rozbicie jedności aliantów manipulacja Josepha Goebbelsa. Wiedzieli, że brytyjskie MSZ ignorowało argumenty polskiego rządu na uchodźstwie, że zbrodnia została popełniona wiosną 1940 r., a Biały Dom i Downing Street 10 zachowywały wstrzemięźliwość w tej sprawie, więc - jak rozumowali - przyjmowały stanowisko Moskwy.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej