Rozmowa z prof. Jerzym Strzelczykiem*

MIROSŁAW MACIOROWSKI: Gall Anonim i Thietmar z Merseburga piszą, że gdy Mieszko I postanowił poślubić czeską księżniczkę Dobrawę, ta postawiła warunek: najpierw chrzest. Czy za chrześcijaństwo powinniśmy dziękować kobiecie?

PROF. JERZY STRZELCZYK: W polskiej tradycji rola czeskiej księżniczki została wyolbrzymiona, dziś trudno byłoby tak ją rozumieć. Przyjęcie chrześcijaństwa to była zbyt doniosła decyzja, żeby uzależniać ją od woli przyszłej żony. Zanim Mieszko I zdecydował się na ten krok, musiał rozważyć wszystkie związane z tym korzyści, ale też zagrożenia.

Gdzie kryło się niebezpieczeństwo?

- To mogło grozić wybuchem wewnętrznych niepokojów w państwie, bo poddani nie byli przygotowani na nową wiarę, w ogóle jej nie znali. Nie wiemy, żeby jacyś chrześcijańscy misjonarze przed 966 r. w ogóle docierali do Wielkopolski. Poza wąską elitą możnych Polanie byli prostymi rolnikami przywiązanymi do ukształtowanego przez wieki trybu życia. Ich pogańska wiara, ściśle związana z przyrodą, porami roku i zjawiskami naturalnymi, była wiarą doczesną. Czcząc bóstwa, wierzyli, że odpłacą im one dobrymi plonami i zwycięstwami w wojnach, przynosząc pomyślność nie tyle jednostce, ile całemu plemieniu czy rodowi. Ten światopogląd w zupełności im wystarczał. A tu nagle książę kazał im wierzyć w coś zupełnie innego, wprowadzał rewolucję, której nie rozumieli. Religia pogan nie miała też charakteru wyłącznego - Słowianie czcili swoich bogów, ale nie negowali istnienia innych, i gdy jakieś plemię okazywało się silniejsze w boju, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby czcić i jego boga, skoro dał mu taką siłę.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej