W moim gabinecie zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem: "Król tu jest". "Jaki król?!" - zapytałem. Prezydent nie miał w planach spotkania z żadnym królem! Bo to król rocka and rolla Elvis Presley. Dał mi list i powiedział, że chciałby się widzieć z prezydentem. Był 21 grudnia 1970 r. Dzwonił Dwight Chapin, jeden z pracowników Białego Domu i mój przyjaciel. Robiliśmy sobie wówczas z kolegami różne żarty, pomyślałem więc, że w tym tygodniu padło na mnie. Jednak to nie był żart - wspominał Egil Bud Krogh, wtedy zastępca szefa biura spraw wewnętrznych Białego Domu.

32 pistolety na Gwiazdkę

Dwa dni wcześniej, w sobotę około 1.30 w nocy, zadzwonił telefon w domu Jerry'ego Schillinga w Los Angeles. Po drugiej stronie odezwał się Elvis Presley, który prosił, by go odebrać z lotniska. Był sam, co wydawało się...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej