Jednym ze wspomnień mojego dziadka z dzieciństwa było rodzinne słuchanie radia. Urodził się i wychował na biednej wsi mazowieckiej, jego ojciec musiał wyżywić z pięciohektarowego gospodarstwa kilkanaście osób. Nie było go więc stać na drogi odbiornik lampowy kosztujący niemało, bo ponad 200 zł, i wymagający prądu, którego we wsi nie było. W drugiej połowie lat 30. pradziadek za 25 zł kupił na raty detefon.

Było to radio kryształkowe zbudowane wokół prymitywnego elementu półprzewodnikowego (kryształka galeny) wykorzystywanego wówczas od lat do detekcji fal radiowych. Detefon nie wymagał zasilania, bo czerpał energię z anteny, ale antena musiała być pokaźna - pradziadek Józef rozwiesił wielometrowy drut na drzewach i płocie, a radio dawało wątły dźwięk. Odbiornik miał nie głośnik, lecz słuchawki (można było dokupić dodatkowy wzmacniacz lampowy, ale kosztował 125 zł i wymagał prądu), więc żeby mogło go słuchać kilka osób, słuchawki kładło się na talerzu, który wzmacniał dźwięk. I choć było to niewygodne, to i tak pół wsi schodziło się do domu słuchać radia.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej