Wiosną 1970 r. do wsi Machowa pod Tarnowem przyjechała Austriaczka Elfriede Kujal. Ta niemłoda już i niemówiąca po polsku kobieta okazała zaświadczenie o przynależności do związku austriackich bojowników oporu oraz ofiar faszyzmu i oświadczyła, że przyjechała odnaleźć grób brata. Miała jej w tym pomóc kartka ze szkicem pokazującym miejsce mogiły. Miejscowy proboszcz ksiądz Eugeniusz Szydłowski nie zdziwił się - machowianie wiedzieli, że podczas wojny na tutejszym cmentarzu pochowany został niemiecki żołnierz o nieznanym nazwisku. Ale nic ponadto. Austriaczka opowiedziała proboszczowi, jak to się stało, że jej brat Otto Schimek spoczął w podtarnowskiej wsi.

Zawsze strzelam w powietrze

Otto Schimek urodził się w 1925 r. w Wiedniu jako trzynaste dziecko ubogiej pokojówki. Ojciec zmarł, gdy miał dwa lata, i odtąd schorowana matka utrzymywała rodzinę sama, trudniąc się odnawianiem i sprzedażą starych maszyn do szycia. Schimkowie mieszkali w robotniczej dzielnicy Leopoldstadt, gdzie zapewne nie czuli się najlepiej, i to nie tylko dlatego, że cierpieli biedę - byli żarliwymi katolikami, czym wzbudzali niechęć lewicowych i bardzo antyklerykalnych sąsiadów. Mając trzy lata, Otto przeszedł zapalenie opon mózgowych. Kiedy okazało się, że nie radzi sobie z nauką, matka zapisała go do szkoły specjalnej, w której uczył się stolarki, ale i tej rzemieślniczej edukacji nie zdołał skończyć. Według Elfriede Kujal był dobrym, wrażliwym i urodziwym chłopcem, bardzo przez wszystkich lubianym.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej