Stanisława Ryster zawsze siadała na fotelu nieco na ukos, zakładała nogę na nogę, chwytała włącznik, którym przełączała na zmianę muzykę w słuchawkach graczy, i zaczynała czytać pytanie. Gdy kończyła, następowało zwykle coś, co we współczesnej telewizji jest niedopuszczalne: cisza, bo na odpowiedź uczestnicy mieli nawet dwie i pół minuty. Czasem, gdy minął już czas na zastanowienie się, rozpromieniony zawodnik natychmiast udzielał prawidłowej odpowiedzi. Ale zdarzało się, że w tej ciszy tężał i widać było, iż z każdą sekundą dochodzi do niego coraz bardziej wyraźnie myśl: "Tyle lat starań i wszystko na marne".

W długiej kolejce do gry

Od 1962 r. przez kolejne 44 lata teleturniej "Wielka gra" ściągał w weekendy przed ekrany - najpierw co miesiąc, a od połowy lat 70. co dwa tygodnie - wielomilionową widownię. Aż w lipcu 2006 r. ówczesny prezes TVP Bronisław Wildstein zdjął go z ramówki jako symbol peerelowskiej telewizji. Uczestnicy i miłośnicy teleturnieju protestowali, słali petycje, grozili pozwami, Wildstein musiał nawet odpowiadać na sejmową interpelację. Tłumaczył, że spadła oglądalność teleturnieju, i pewnie rzeczywiście tak było, bo emisję przesuwano na coraz mniej atrakcyjne godziny - z godz. 17 na przed 15, a potem po 10.30. Jeden z uczestników teleturnieju, prawnik z Łodzi, stwierdził, że telewizja złamała publiczne przyrzeczenie, gdyż wiele osób, które przebrnęły przez eliminacje, czekało w kolejce na swoją grę. Niektórzy może nawet i kilkanaście lat, bo procedura związana z udziałem była skomplikowana.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej