W ostatnich miesiącach życia ciężko chory Piłsudski stał się dla otoczenia utrapieniem. Ataki niepohamowanej złości, podczas których rugał jak uczniaków najważniejszych ludzi w państwie, przeplatał z przypływami niespotykanej wcześniej łagodności, wręcz dobrotliwości. Nigdy jednak nie było wiadomo, w jakim kierunku podąży naznaczony długotrwałą chorobą umysł. Zdarzało się, że podążał w przedziwne rejony.

Sprawa doktorowej Woyczyńskiej

Miesiąc przed śmiercią wezwał generałów Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego (wieloletniego adiutanta) i Felicjana Sławoja Składkowskiego (byłego wtedy ministra spraw wewnętrznych) oraz pułkownika Witolda Warthę (szefa biura generalnego inspektora sił zbrojnych), by poinformować ich o swoich podejrzeniach: "Ostatnio otrzymuję meldunki, że u pani Woyczyńskiej bywają nowi, dziwni ludzie, wyglądający na obcych, tak że ja przestałem się tu czuć u siebie, a co ważniejsze - bezpieczeństwo Inspektoratu jest w niepewności, a więc narażone.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej