Zanim się spakowali, matka Huberta Wesselsa wyjęła z kredensu biały obrus i rozłożyła go na kuchennym stole, postawiła na nim wazonik i przyniosła świeże kwiaty.

- Po co to robisz, mamo? - spytał siedmioletni syn.

- By Polakom było przyjemnie, jak się tu wprowadzą - usłyszał w odpowiedzi.

Nie zastanawiał się nad tym, bo trzeba było pakować tobołki na furmankę. Wesselsowie mogli zabrać ubrania, bieliznę, pościel i przedmioty wartościowe, ale materace musiały zostać. Łóżka, szafy, stoły, piece i inne meble też. Trzeba było zostawić też sztućce i zastawę potrzebne nowym mieszkańcom. Polacy nie mieli przecież niczego. Należało też zostawić jedzenie na kilka dni.

Niemcy próbowali kombinować - ukrywali meble pod stosami ubrań, cichcem wywozili porcelanowe zastawy - ale żandarmi sprawdzali, co wyjeżdża z miasta. Na rogatkach przy punktach kontrolnych piętrzyły się skonfiskowane przedmioty.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej