Hiszpańska wojna domowa ma pecha. Niemal od razu stała się ofiarą waśni ideologicznych opisujących ją jako pierwszą bitwę w starciu dwóch totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu. Ta ideologiczna globalna kalka nałożona na hiszpański dramat zniekształca zjawisko, jakim był udział ochotników z 55 krajów w wewnętrznej wojnie niezbyt ważnego wówczas kraju.

Wersja lansowana za czasów generała Francisco Franco (rządzącego w latach 1939-75) i chętnie przyjęta przez prawicę w innych krajach głosi: w republikańskiej Hiszpanii panoszyły się sterowane z Moskwy komunistyczne hordy chcące wykorzenić cywilizację chrześcijańską, ale szczęśliwie zostały pobite przez jej obrońców pod przewodem Franco. Brygady Międzynarodowe nie miałyby być więc niczym więcej niż złowrogim narzędziem Kremla. To dlatego o naszych dąbrowszczakach dzisiejsza prawica pisze jako o "żołnierzach Stalina", a w najlepszym razie - "niesłusznej sprawy".
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej