Grób był już wykopany. Eleonore Pohl widziała go, wracając z więzienia do hotelu. Skromna trumna z wyrytym na tabliczce nazwiskiem też była gotowa - pani Pohl przywiozła ją z odległego o 150 km Chiemsee. Władze tego urokliwego bawarskiego miasteczka nie zgodziły się, by na miejscowym cmentarzu chowano zbrodniarza wojennego i dlatego jej mąż SS-Obergruppenführer Oswald Pohl, szef Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS, miał spocząć pod murem więzienia w Landsbergu w bezimiennym grobie.

Był 14 lutego 1951 r. Eleonore Pohl wracała z ostatniego spotkania z mężem. Godzinę rozmawiali ze sobą przez kraty obserwowani przez amerykańskich i polskich klawiszy gotowych w każdej chwili sięgnąć po pałki, gdyby chciała np. przekazać mężowi truciznę. Oswald Pohl usłyszał wyrok śmierci już w 1947 r., ale nie można było wykluczyć, że w ostatniej chwili targnie się na życie.

...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.