Poszedł ratować młodego taternika ze Lwowa, który odpadł od ściany na Małym Jaworowym Szczycie. Trudno uwierzyć, by ruszył w góry, lekceważąc ich potęgę i załamanie pogody. Albo z czystej brawury. Znał Tatry lepiej niż Mariusz Zaruski, jego zwierzchnik i szef TOPR, który kazał mu wracać. Nie posłuchał i zginął. Zaruski znał go dobrze i wiedział, że ta niesubordynacja brała się z głębokiej wiary Klimka Bachledy w to, co robił, i którą zamykał w krótkim zdaniu: "Mus cłeka ratować".

Mariusz Zaruski . Harnaś, ułan, wilk morski



Góral i heros

Urodził się w podzakopiańskim Kościelisku w 1851 r. (lub dwa lata wcześniej, jak podaje Wielka Encyklopedia Tatrzańska), ojca nigdy nie poznał, matka zmarła, gdy miał 12 lat. Pracował na roli, wypasał cudze owce na tatrzańskich halach, na Słowacji był górnikiem, z zapałem kłusował, zajmował się też ciesiołką i budował chałupy. W austriackim wojsku nauczył się niemieckiego, a kiedy wrócił na Podhale, akurat szalała tam epidemia cholery, więc na ochotnika pielęgnował chorych i grzebał zmarłych. Współcześni zapamiętali go jako człowieka bez skazy, ofiarnego i odważnego, uczciwego i pracowitego, słowem - górala herosa jak z młodopolskich bajań, w których mieszkańcy Podhala jawili się niemal jako nadludzie. Lecz zdaje się, że Klimek rzeczywiście taki był.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej