Niech to będzie kolejna miejska legenda, ale daję głowę, że zdarzyła się naprawdę. Nie wiem, ile w niej było przypadku, a ile prawdziwej wiedzy i wyczucia smaku (choć dzisiaj nie mam żadnej pewności, czy można nazwać to wiedzą, a zwłaszcza smakiem). Działo się to u schyłku epoki Edwarda Gierka, gdy na stołach koneserów szlachetnych trunków królowała niełatwa do zdobycia tunezyjska gellala lub fatima, niekiedy bułgarski cabernet albo rumuńskie cotnari, a kiedy ktoś upolował w delikatesach węgierski egri bikaver, mógł powiedzieć, że złapał Dionizosa, greckiego boga wina, za nogi (kupno greckiego wina raczej nie wchodziło wówczas w grę). Nic więc dziwnego, że młódź późnolicealna i akademicka, choć dalece nie tylko ona, w desperacji, ale też z przyjemnością, chwytała za wyroby rodzime i owocowe (tak przynajmniej stało na etykietach).

W owych więc czasach mój znajomy, dzisiaj człek szacowny i na odpowiedzialnym stanowisku, poprosił, by do kilku osobnych szklanek nalano mu owocowego trunku z różnych butelek. Oczywiście nie patrzył, co mu nalewano. Kiedy zaś w szklankach pojawił się płyn w kolorze ciemnych sików, znajomy jak wytrawny kiper brał do ust łyk, wykrzywiał wargi w ryjek, cmokał i mlaskał, a potem wydawał werdykt: "Okęcie, marzec tego roku", "Okęcie, czerwiec". Domorosły sommelier polskich win owocowych nie pomylił się ani razu, choć nie wiem, czy kiedykolwiek powtórzył swą sztukę. A że nie wypluwał smakowanego trunku, skończyło się tak, jak się skończyć musiało.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej