Koronacja wypadła wspaniale. 2 grudnia 1804 r. o 10 rano błyszcząca złotem kareta wioząca parę cesarską wyruszyła z pałacu Tuileries do katedry Notre Dame, a paryżanie mogli podziwiać zaprzęg składający się z ośmiu śnieżnobiałych koni i koronę unoszoną przez cztery orły nad dachem powozu. Para też wyglądała świetnie: Napoleon w szatach nawiązujących do strojów imperatorów rzymskich, Józefina w długiej, białej sukni, z błyszczącym złotym diademem zdobionym diamentami i perłami we włosach, naszyjnikiem i kolczykami z szafirów oraz rubinowym pierścieniem na palcu - symbolem radości oraz, jak pisano, "doskonałą personifikacją elegancji i majestatu". W Notre Dame Napoleon wziął z rąk papieża koronę i umieścił ją sobie na głowie, a potem ukoronował żonę. Oboje sądzili, że to zwieńczenie ich długiej drogi i ostateczny sukces. Mylili się.

Napoleon Bonaparte: Nie tylko bóg wojny

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej